Kufstein tylko jeden krok do Świata Nart!

MG_2200-scaled.jpeg

Dziesiątki razy przejeżdżałem autostradą z Salzburga do Innsbrucka. Najkrótsza droga przebiega przez południowo-wschodni róg Bawarii. Po powrocie na austriacką stronę zawsze spoglądałem z żalem na strzegące granicy mury fortecy Kufstein. Nigdy nie było czasu, by z bliska przyjrzeć się budowli, której historia sięga XIII wieku. W tym roku podjąłem decyzję o wyjeździe na narty do rozległego regionu Skiwelt. Dodatkowo przekonał mnie fakt, że darmowy skibus zawiezie mnie z Kufstein prosto pod wyciągi narciarskie w zaledwie dwadzieścia minut. Mogłem więc zarówno skorzystać w pełni z nart, jak i spokojnie zwiedzić miasto, które tyle razy rozbudzało moją wyobraźnię.

MG_2207.jpeg

Zamek, czy też jak należałoby raczej powiedzieć Festung Kufstein z daleka wygląda na niewielki, ale z bliska robi wrażenie. Ma w końcu 24 tysiące metrów kwadratowych powierzchni! Ile by to było luksusowych kawalerek na warszawskiej Woli? No ale gdy powstawał, standardy mieszkalne, szczególnie dla zamożnej arystokracji były zupełnie inne. Najbardziej charakterystyczną część – okrągłą wieżę Kaiserturm – zawdzięcza cesarzowi Maksymilianowi I, który na przełomie XV i XVI wieku nadał jej potężny, renesansowy kształt. Wejście na mury jest dość wygodne. Można wspiąć się pieszo, krętą drogą lub wjechać przeszkloną windą wykutą w skale. Wewnątrz mieszczą się ekspozycje poświęcone historii regionu, dawnej broni, życiu codziennemu w warowni oraz trudnej przeszłości twierdzy jako więzienia. W XIX wieku przetrzymywano tu m.in. więźniów politycznych z całej monarchii habsburskiej. Cele zachowały surowy charakter i robią mocne wrażenie. Choć mnie najbardziej zafascynowała 70 metrowa studnia wykuwana przez 25 lat w skale, żeby zapewnić wodę dla załogi i mieszkańców.

IMG_2186-scaled.jpeg

No i są jeszcze Heldenorgel – największe na świecie organy plenerowe (mają 4948 piszczałek). Codziennie w południe ich dźwięk rozbrzmiewa nad miastem, niosąc się daleko wzdłuż doliny. Instrument powstał jako pomnik poległych i stał się jednym z symboli Kufstein.

IMG_2210-scaled.jpeg

Zwiedzanie miasta najlepiej odłożyć na wieczór. To wtedy na ulice miasta wychodzi Nachtwächter. Christian – Nocny Strażnik to przewodnik miejski, ubrany w historyczny strój, z peleryną, kapeluszem i latarnią w dłoni. Spacer z nim to podróż wczasie. Trasa wiedzie wąskimi uliczkami starówki. W chybotliwym świetle latarni słuchamy opowieści Christiana o życiu mieszczan, straszliwych pożarach, szturmach i zarazach. Ale i zwyczajnym, codziennym życiu pogranicznego miasteczka, w którym przemytnicy i bawarscy szpiedzy, wspólnie biesiadowali w karczmach nad sielskimi wodami rzeki Inn. Miejscowi mieszczanie do jedzenia zawsze podchodzili bardzo poważnie. Dość powiedzieć, że lokalna gospoda „Auracher Lochl” aż do nieszczęsnej pandemii 2020 roku szczyciła się tym, że była otwarta codziennie, bez wyjątku, od 1409 roku! To tutaj, nad talerzem z golonką i kuflem piwa skomponowano w ponurych latach ’40 XX wieku – „Kufsteinlied”, pogodną tyrolską piosenkę z obowiązkowym jodłowaniem. To archetyp alpejskiej muzyki, znany chyba każdemu prawdziwemu Tyrolczykowi. Nie mam nic przeciwko litrowemu kufelkowi piwa i solidnej porcji golonki, ale ze zrozumiałych względów, jeśli chcę dbać o formę narciarską, nie mógłbym tak jadać codziennie. Dlatego dla mnie odkryciem była winiarnia Mazerat, tuż koło zamku i ratusza. Szefowie tego przybytku: Julia Brandl, wraz z uznanym sommelierem Heribertem Steinerem nie dość że nakarmili mnie smacznie i zdrowo, to jeszcze dobrali mi do posiłku obłędnie dobre wina. Chwała im za to! No i jest jeszcze jedna kwestia, która czyni z Kufstein idealne miejsce na zimowy urlop: widok na Alpy, które są na wyciągnięcie ręki. Bo niemal tuż za miastem i doliną meandrującego Innu zaczyna się narciarski świat Skiwelt.

Jarosław Gwiazdowski