Słoneczna Karyntia w jesiennej odsłonie. Rowerowo-wodny weekend nad jeziorem Wörthersee

Słoneczna Karyntia w jesiennej odsłonie. Rowerowo-wodny weekend nad jeziorem Wörthersee

Powroty z dziennikarskich obowiązków bywają doskonałą okazją do przedłużenia weekendu. Wracając z zimowych pokazów premierowych Atomic Media Day w Altenmarkt im Pongau, postanowiliśmy zmienić perspektywę i spędzić parę dni na dwóch kółkach w austriackiej Karyntii. Cel? Malownicze i tętniące życiem, choć o tej porze roku już przyjemnie spokojne, jezioro Wörthersee.

Z Altenmarkt to zaledwie około 140 kilometrów. Dystans symboliczny, biorąc pod uwagę jakość austriackich dróg. Choć autostrada A10 (Wiedeń–Salzburg) w drodze na Media Day zaskoczyła nas solidnymi remontami i zwężeniami ruchu, to droga powrotna do Zakopanego przez Villach, Klagenfurt i Wiedeń była już czystą, komfortową formalnością okraszoną alpejskimi widokami.

Prognozy pogody straszyły deszczem, ale Karyntia nie bez powodu nazywana regionem „Słonecznych Alp”, obroniła swoją reputację. Obyło się bez kropli deszczu. 

Na naszą bazę wypadową wybraliśmy Pörtschach am Wörthersee. 

To urocze, ekskluzywne miasteczko położone w połowie północnego brzegu jeziora. Bliskość zjazdu z autostrady oraz centralna lokalizacja czynią z niego logistyczny punkt idealny do planowania pętli wokół akwenu.

Śladami Franciszka Józefa i Harleyów

W piątek rano ruszyliśmy na zachód, w kierunku Velden. Choć trasę wokół jeziora opisywaliśmy już na łamach Ski Magazynu, tym razem postanowiliśmy pokonać ją w przeciwnym kierunku. Perfekcyjna infrastruktura rowerowa regionu sprawia, że jazda tutaj nigdy się nie nudzi.

Velden am Wörthersee to kwintesencja tutejszego luksusu. Miasteczko słynie ze wspaniale utrzymanych, zabytkowych rezydencji pamiętających czasy cesarza Franciszka Józefa. To właśnie tutaj narodził się unikalny, bogaty styl architektoniczny regionu (Wörthersee-Architektur).

Dziś neorenesansowe pałacyki i luksusowe hotele (na czele ze słynnym Falkensteiner Schlosshotel Velden) koegzystują z nowoczesnym kasynem przyciągającym zamożnych turystów. 

Velden ma też drugie, głośniejsze oblicze. 

To tutaj zlokalizowane są kluczowe punkty legendarnego European Bike Week – największego w Europie cyklicznego zlotu miłośników motocykli Harley-Davidson, który co roku we wrześniu ściąga do Karyntii nawet 40 000 motocyklistów! 

Z Velden trasa odbija na południowy brzeg Wörthersee, wiodąc przez zaciszne, zalesione zakątki w stronę Klagenfurtu. Ponad koronami drzew na południowym brzegu majestatycznie dominuje tutejszy symbol – Pyramidenkogel.

To najwyższa na świecie, licząca równe 100 metrów drewniana wieża widokowa, usytuowana na wzgórzu o wysokości 851 m n.p.m. Charakterystyczna, spiralna konstrukcja jest doskonale widoczna z autostrady, a z jej szczytu roztacza się zjawiskowa panorama na całą okolicę. Jazda przez zadbane, karynckie osady, pełne stylowych pensjonatów, z widokiem na krystalicznie czystą, turkusową wodę, w której widać dno, to absolutna kwintesencja tutejszej oferty turystycznej.

Rowerem na pokład, czyli powrót do epoki pary

Bogaci w doświadczenia z poprzednich wypraw nad jezioro Weissensee, w sobotę postanowiliśmy połączyć pedałowanie z rejsem śródlądowym. Oglądanie alpejskich brzegów z perspektywy pokładu statku daje fascynujące, lustrzane odbicie krajobrazu, który chwilę wcześniej mijaliśmy z poziomu siodełka.

Flota Wörthersee Schifffahrt regularnie kursuje między Klagenfurtem a Velden. Ponownie dojechaliśmy rowerami do Velden, planując powrót z Klagenfurtu na kołach – północny, urozmaicony odcinek trasy uważamy za najciekawszy. 

Na przystani czekała na nas prawdziwa perełka: DS „Thalia”.  

Zbudowana w 1909 roku w Dreźnie jednostka to jeden z ostatnich czynnych parowców śrubowych w Europie i absolutny flagowiec tutejszej żeglugi.

Pływająca już od 117 lat dama oczarowuje nienagannym stanem technicznym. Każdy detal jest świadectwem dawnego rzemiosła, które dziś śmiało możemy nazwać sztuką. Oczy cieszą wypolerowane na błysk mosiężne tabliczki znamionowe, barometry, dzwony, klamki i dźwignie.

Dzięki uprzejmości kapitana zeszliśmy do maszynowni. Praca tętniącego życiem dwucylindrowego silnika parowego, ruch turbin, cylindrów i korbowodów natychmiast przywodzi na myśl rytmiczny wiersz Tuwima o lokomotywie.

Trwający około 2,5 godziny rejs to czysta nostalgia. Statek niespiesznie mija luksusowe rezydencje magnackie na tle jesiennych, płonących złotem i czerwienią lasów, a od czasu do czasu kapitan uruchamia syrenę o niskim, głębokim basie dawnych parowców. 

Wielokulturowy miks na styku trzech granic

Naszym portem docelowym była Ostbucht na obrzeżach Klagenfurtu.

Bezpośrednio od przystani zaczyna się ścieżka rowerowa, która północnym brzegiem prowadzi z powrotem do Pörtschach. 

Szlak momentami biegnie równolegle do linii kolejowej, gdzie nowoczesne, ciche składy pasażerskie mijają się z pociągami towarowymi.

Ta symbioza różnych środków transportu uświadamia, jak genialnie skomunikowany jest region Wörthersee. Autostrada, kolej, żegluga, szosa i odseparowana ścieżka rowerowa dają cykliście niesamowite poczucie bezpieczeństwa. 

W razie załamania pogody lub opadnięcia z sił, zawsze można skrócić wycieczkę i wrócić pociągiem lub statkiem do punktu wyjścia. 

W niedzielę ruszyliśmy w drogę powrotną do Zakopanego. Płynne 750 kilometrów autostradami minęło błyskawicznie, pozostawiając w głowie plany na kolejne wyprawy.

Karyntia ma w sobie magnetyzm. Położenie na styku trzech państw i kultur: Austrii, Włoch i Słowenii  tworzy tu unikalną atmosferę oraz genialną, alpejsko-adriatycką kuchnię. 

Latem tutejsze jeziora przyciągają najcieplejszą wodą w całej Austrii, a stąd to już tylko krótka, kilkugodzinna przejażdżka autem nad wybrzeże Adriatyku. 

Z kolei zimą region zamienia się w narciarski raj. Topowe ośrodki takie jak Nassfeld, Bad Kleinkirchheim czy Katschberg kuszą setkami kilometrów tras i wyjątkowym nasłonecznieniem. Wilgotne masy powietrza znad pobliskiego morza gwarantują tu potężne opady śniegu, po których niemal zawsze wychodzi słońce.

Wörthersee i Karyntia od lat mają stałe miejsce w naszych sercach. Jesienią udowadniają, że sezon na alpejskie przygody nigdy się nie kończy.

Tekst i zdjęcia: Tomasz Osuchowski