Skicircus Saalbach Hinterglemm Leogang Fieberbrunn, położony na styku Salzburgerlandu i Tyrolu, oferuje wszystko, czego można oczekiwać od topowego austriackiego regionu narciarskiego: 270 kilometrów tras, nowoczesną infrastrukturę i sprawną sieć kolei linowych. A jednak Saalbach potrafi zaskoczyć – nie tylko śniegiem. Po kilku godzinach jazdy po perfekcyjnie przygotowanych niebieskich i czerwonych trasach trafiliśmy do górskiej karczmy Hendl Fischerei – der Mama Thresl Mountain Club. Zamiast typowych alpejskich zapachów w powietrzu unosił się dość niespodziewany w tym miejscu aromat. Przy drewnianych stołach narciarze delektowali się bouillabaisse, która bez kompleksów w mogłaby konkurować z najlepszymi restauracjami południowej Francji. Choć cena – 28,50 euro za luksusową zupę rybną to dużo taniej niż na Lazurowym Wybrzeżu. Ryby i lekkie dania mają tu sens. Po lunchu można bez problemu wrócić na stoki i korzystać z rozległego terenu podzielonego na pięć całodziennych pętli: Saalbach, Hinterglemm, Leogang, Tyrol i Challenge. Ta ostatnia to propozycja dla ambitnych, ale większość tras sprzyja narciarstwu rekreacyjnemu i rodzinnemu: 140 km to w regionie Saalbach suma tras niebieskich, 112 km czerwonych i jedynie 18 km czarnych. Choć teoretycznie da się „zaliczyć” cały Skicircus w kilka dni, byłoby to nierozsądne. Saalbach zachęca do przerw – najlepiej w jednej z około 60 tradycyjnych hütte. Rosswaldhütte warto zapamiętać szczególnie; Kaiserschmarrn, który tam podają, należy do absolutnej czołówki alpejskich deserów.
Przy dłuższym pobycie dobrze zaplanować dzień regeneracji. Idealnym miejscem na taki reset jest rodzinny hotel Lengauerhof na końcu doliny: przestronne pokoje, doskonała kuchnia i domowa atmosfera. Dodatkową atrakcją regionu jest Talschluss – z najwyżej położonym w Europie parkiem linowym w koronach drzew i 200-metrowym mostem linowym zawieszonym 42 metry nad doliną rzeki Saalach.

Wieczorem w Saalbach Après-ski to tu niemal obowiązek, a króluje niepodzielnie Jägermeister -ziołowy likier o recepturze sięgającej 1934 roku. Narciarski dzień zamyka się więc dokładnie tak, jak powinien: dobrym jedzeniem, kieliszkiem czegoś mocniejszego i planami na kolejne zjazdy.
